FANDOM


Bitwa Ten artykuł wygrał 40 bitwę na odcinki!
Rozkwitały pąki białych róż

RPBL LOGO
Autor: EkawekaDxC
Opublikowano: 03.04.2016
Krótki fanfik o Danielli Shine.

Bohaterowie

Opis

Rok 1944. Wojna zbiera swoje żniwa. Związek Ferba i Danielli zostaje wystawiony na próbę, gdy on wyrusza na front. Dziewczyna dzielnie czeka na niego, a w między czasie dba o swoje ukochane, białe róże.

Fabuła

Rozkwitały pąki białych róż.


Danny spojrzała za okno. Dawno już nie było tak słonecznie, jak dziś. Słońce ogrzewało jej ogródek, o który tak dbała. Ostatnimi czasy stał się jej całym światem. Dosłownie, bo nigdzie indziej nie wychodziła.
Byłaby, delikatnie mówiąc, głupia gdyby zlekceważyła polecenie Majora. A było proste, nie wychodź z domu. Nie mogła rzucić się nikomu w oczy, była przecież Daniellą Shine, członkinią organizacji powstałej jeszcze przed wojną, a więc niemcy ostrzyli na nią noże. Tak więc nawet będąc w ogródku czuła dyskomfort spowodowany dziwną peruką, która miała zminimalizować szanse na rozpoznanie jej przez tutejszych niemców. Ale przecież nie mogła dać się uwięzić w czterech ścianach. Musiała gdzieś wyjść, chociaż na chwilę.
Choć kochała wszystkie rośliny w swoim ogródku, szczególną miłością darzyła białe róże. Nic w tym dziwnego, symbolizowały najdroższą jej osobę, jedynego, którego tak pokochała.


Wróć, Jasieńku, z tej wojenki już.

Był czerwiec, 1940 roku. To wtedy po raz ostatni widziała swojego narzeczonego, Ferba Fletcher'a. Tego dnia założył mundur, ucałował ją, po czym wyszedł. Jedyne co zdążyła mu podarować, to biała róża z ogródka. Wprawdzie nie była idealna, nie rozkwitła dokładnie, jednak miała w sobie coś, co czyniło ją wyjątkową. Mężczyzna ułożył ją na karabinie, po czym odszedł. Nigdy później go nie widziała, jednak ciągle czeka. W końcu wojna kiedyś się skończy, a wtedy już nic im nie przeszkodzi.


Wróć, ucałuj, jak za dawnych lat.

 - Kochasz mnie? - zapytała już dawno temu. Była wtedy nieco tęższa, jednak wciąż kobieca.
Świeciło letnie słońce, tak jak dziś. Był lipiec, 1938 roku. Znajdowali się w parku Londyjskim, wokół przyroda stwarzała romantyczny nastrój. Zielone listki, śpiew ptaków i gdzieniegdzie białe róże wyrastały z ziemi.
Ferb spojrzał na nią swoimi niebieskimi, roześmianymi oczami, które dziewczyna tak kochała. Zerwał jeden z kwiatów, po czym ugiął się lekko, podając go jej.
 - Nie wiem co życie nam przyniesie, ale wiem jedno. - tu zrobił dramatyczną pauzę, wpatrując się w jej lśniące, brązowe włosy, po czym kontynuował. - Te białe róże będą wszędzie. Dosłownie, to jakaś plaga.
Daniella sama nie wiedziała czy powinna go teraz szturchnął, czy wybuchnąć śmiechem, więc zrobiła jedno i drugie. Wyrwała mu różę z rąk, spoglądając na kolce. Zaczęła powoli zastanawiać się, czy nie potraktować swojego narzeczonego jednym z nich..
Chłopak uśmiechnął się krzywo. Na ten widok, Danny z niemalże obrzydzeniem odwróciła się od niego, splątując ręce na piersi. Skupiła wzrok na wysokim dębie. Gdy była już pochłonięta widokiem do tego stopnia, że zapomniała o Bożym świecie, poczuła jak ktoś łapie ją w tali, powoli odwracając w jego stronę. Znów stał przed nią Ferb, z tym samym krzywym uśmiechem.
 - Nie obrażaj się Danka. - powiedział, mrugając do niej. - Wiesz jak mówią. Za dużo romantyzmu szkodzi.
Ale to ją nie przekonało. Obdarzyła go spojrzeniem pełnym wyrzutów, czym Fletcher ani trochę się nie przejął. Objął ją ramieniem, przez co Danny oblała się rumieńcem.
 - Nie widzę potrzeby w wiecznym przypominaniu ci o mojej miłości. - stwierdził. - Jeżeli nagle coś mi się pozmienia i przestanę cię kochać, dam ci znać.
Dla niej było to bardziej przygnębiające, niż śmieszne. Mimo to, uśmiechnęła się delikatnie, spuszczając wzrok. Jedną z jego niewątpliwych zalet z pewnością było poczucie humoru. Mniej więcej za to tak bardzo go kochała.
Dam ci za to róży najpiękniejszy kwiat.
A teraz siedziała tu sama i czekała na wieści już czwarty rok. Każą noc błagała Boga by wrócił do niej cały i zdrowy. Biała suknia ślubna czekała, kurz powoli się na niej osadzał, a sama przyszła panna młoda marniała w oczach. Izabela powtarzała jej, że powinna więcej jeść, jednak ona traciła apetyt z każdym dniem. Nie patrzyła na swoje ulubione dania tak samo, nie czuła ich wspaniałego smaku. Zdawała się stracić ten zmysł, wszystko smakowało już tak samo.
 - Znajdziesz sobie innego. - powtarzała jej Izabela. - Ja jakoś żyję bez Fineasza.
Ale to jej nie pocieszało. Izabela była ostatnią osobą, która mogłaby jej doradzać w takich sprawach. Sama wyrzuciła Fineasza z serca, zastąpiła kimś zupełnie obcym, kimś kogo zapewne wcale nie kochała. Danny była inna. Ona nie potrafiła żyć bez Ferba, a tylko myśl o jego rychłym powrocie trzymała ją jeszcze przy życiu. Bo co innego jej jeszcze zostało?
Kładłam ci ja idącemu w bój, białą różę na karabin twój.
Gdy po raz ostatni przekroczył próg ich mieszkania, długo wpatrywała się w drzwi. Serce biło jej jak oszalałe, a z oczu spływały łzy. Wyszedł, patrząc śmierci w oczy. Chodziła wtedy po pokoju, błądząc myślami po cmentarzu, gdzie spoczywał jej niedawno zmarły brat.
Scott Shine był jedną z pierwszych ofiar wojny. Został rozstrzelany podczas zwykłej łapanki, nie wiadomo nawet czemu niemcom aż tak się nie spodobał, z resztą, jak jego koledzy. Najprawdopodobniej gdyby nie interwencja Scott'a Miltona, wciąż leżałby pod niewielkim murem przy ulicy. Teraz spoczywa w pokoju, przy grobie matki, a Daniella odwiedza i ich obu.
Myśli o tym, że i Ferba może spotkać ten sam los doprowadzały ją do rozpaczy. Odseparowała się od reszty rodziny i przyjaciół. Nawet Penny przestała być jej bliska. Odkąd wyjechała z innymi agentami do Włoch, ich kontakt się urwał, a żadna z nich nie czuła potrzeby, by go odnowić. Obie zaczęły żyć swoim życiem.


Nimeś odszedł, mój Jasieńku, stąd, nimeś próg przestąpił, kwiat na ziemi zwiądł.


Chmury powoli zbierają się na błękitnym niebie, przysłaniając słońce. Danny martwiła się, czy nie zaszkodzi to jej białym różom, ale po chwili stwierdziła, że i deszcz jest potrzebny. Korzystając z chwilowej pustki na chodniku przed jej domem, wyszła na zewnątrz.
Jak zazwyczaj, rzuciła okiem na stokrotki, maki i słoneczniki. Rosły jak należy, mogła być dumna. Gdy zadbała o nie, mogła całkowicie oddać się swoim ulubieńcom. Uklękła przy białych różach, patrząc na nie ze wzruszeniem. Tak bardzo jej go przypominały...
Obiecała sobie, że gdy wróci, obsypie go tymi kwiatami. Ich dom będzie oblany bielą róż, a nawet stół na ślubie będzie udekorowany tymi pięknymi kwiatami. Przez to wszystko zaczęła zastanawiać się, czemu tak bardzo upodobała sobie akurat te rośliny. Na pewno nie dała mu tamtego dnia białej róży przypadkowo. Coś musiało przekonać ją, do obdarowania ukochanego akurat tę rośliną.


Już przekwitły pąki białych róż, przeszło lato jesień zima już.


A odpowiedź była prosta. Od najmłodszych lat uczono ją symboli. Nic w tym dziwnego, w końcu jej matka zasłynęła jako pisarka, a więc czasem mogło obić się córce o uszy, pewne porównania, czy symbolika.
Róże były symbolem miłości. W każdej sztuce, mężczyzna dawał swojej kobiecie właśnie ten kwiat, by pokazać co do niej czuje. Kolor biały utożsamiany był z niewinnością. Daniella nigdy nie zaprzeczyła, Ferb idzie patrzeć śmierci w oczy, samemu nie zasługując na taki los. Mimo wad, był dobrym człowiekiem, a przynajmniej dla niej. Gdyby mogła, podarowała by mu cały bukiet. Ale nie mogła, bo teraz walczył na froncie. Strzelał, zabijał.. A może i właśnie umiera.
Takie myśli kobieta szybko odtrącała, próbując skupić się na czymkolwiek innym. Z przyzwyczajenia, zaczęła nosić na szyi niewielki krzyżyk. Chociaż nigdy nie była specjalnie religijna, w ciągu ostatnich lat, zaczęła coraz gorliwiej rozmyślać o życiu i śmierci. W takich przypadkach nawet najtwardszy ateista zacznie wierzyć w Boga.
Zerwała jedną z róż, po czym drugą ręką złapała za krzyżyk. Poczuła jak w jej oczach napierają łzy, jednak żadna z nich nie uleciała na policzek.
 - Boże jedyny, jeżeli mnie słyszysz, zaopiekuj się Ferbem. - powiedziała, ściskając krzyżyk.
Ostatnimi czasy zdawało jej się, że mówi bardziej do siebie, niż do Niego. Brak odpowiedzi całkiem ją dobijał, a poczucie bezradności całkiem odbierało chęci do życia. Koszmary budziły ją w środku nocy, przez co nie mogła już zasnąć. Dlatego na bladej twarzy dziewczyny zaczęły pojawiać się pierwsze oznaki bezsenności. Zapadnięte, pół zamknięte oczy mówiły wszystko.


Cóż ci teraz dam, Jasieńku, hej, gdy z wojenki wrócisz do dziewczyny swej.


Zapadła noc. Daniella nie tknęła kolacji, którą sama sobie przygotowała. Kanapki z serem stały nienaruszone, a gdy na ranek będą już wysuszone, ona poczuje głód i skonsumuje dobre dwa gryzy.


Hej, dziewczyno ułan w boju padł.


I znów obudził ją ten sam sen. Ferb, który patrzył na nią oczami bez wyrazu, a jego ciało uwieszone było na linie za szyję. Był martwy, a jednak oczy miał otwarte. Daniella próbowała uciec, jednak nigdzie nie było drzwi. To puapka, teraz i na nią przyjdzie kolej umrzeć. Czuła zimne objęcie czyiś ramion..
I wtedy się obudziła. Z sercem w krtani, cała spocona oddychała głęboko, próbując uświadomić sobie, że to tylko zły sen. Ferb żyje, nic mu nie jest.. Wszystko jest dobrze..
Ale wyobraźnia działa. W nocy dochodziły do niej dziwne odgłosy, jakby nawoływanie. Wtedy Daniella klęczała na łóżku i odmawiała pierwsze modlitwy jakie przyszły jej do głowy. Nie był to nawet gest religijności, chciała po prostu zająć czymś umysł. I znów brak odpowiedzi z góry sprawił, że poczuła się jak wyrzutek. "Nawet Bóg mnie nie chce" - pomyślała, starając się zasnąć, jednak przerażające szepty, które po odmówionej modlitwie tylko się nasilały nie dawały jej spokoju. Gdy zamykała oczy, widziała martwego narzeczonego, a gdy otwierała, cienie rzucały kształty zjaw z zaświatów. Tak więc, kolejna nieprzespana noc.


Czy nieszczery był twej dłoni dar? Czy też może wygasł twego serca żar.


Wstał kolejny dzień. Dziś słońce nie grzało tak pięknie, jak wczoraj. Niebo pokryte było chmurami, wyraźnie zbierało się na deszcz. Czyli dziś nie będzie musiała podlewać kwiatów.
Wzięła dwa gryzy wczorajszej kanapki, po czym położyła się na kanapę. Wpatrywała się bez celu w sufit, a myśli samobójcze tak nagle zawitały do jej umysłu.
A gdyby się powiesić, zatruć, skoczyć z jakiegoś mostu? Przecież życie nie ma sensu, śmierć się zbliża, wszyscy umrą, ona też. Po co by sobie nie przyśpieszyć tego momentu?
Szybko odrzuciła od siebie te myśli. To tylko chwilowe załamanie, zaraz jej przejdzie. Musi przecież na niego czekać, zaraz wróci. Kto wie, może nawet teraz?


W pustym polu zimny wicher dmie.

I rozległo się pukanie do drzwi. Pierwsze od niepamiętnych czasów. Daniella wzięła głęboki wdech. Dawno już nie słyszała tego dźwięku. To mogła być tylko jedna osoba. To on, na pewno. Ferb wrócił, już po wojnie.
Nareszcie.


Już nie wróci twój Jasieńko, nie.

Nie zważając na to, że ubrana jest w piżamę, pobiegła do drzwi. A jednak Bóg ją wysłuchał. Jej narzeczony wrócił. Daniella niemalże płakała ze szczęścia, podskakując do drzwi. Trzęsącą się dłonią, złapała za klamkę.
I wtedy serce jej stanęło.


Śmierć okrutna zbiera krwawy łup.

Stała przed nią Fretka. Wyglądała, jakby właśnie uszła z życiem po kataklizmie. Cała była poszarpana, a jej oczy były czerwone od łez. Przez krótką chwilę nie mówiła nic, aż w końcu otworzyła usta.


Zakopali Jasia twego w ciemny grób.


 - Ferb nie żyje. - powiedziała, zanosząc się płaczem.
Daniella wpatrywała się w nią ze zdumieniem. Flynn'ówna nic więcej nie odpowiedziała, po prostu odwróciła się i wróciła do domu. Brązowowłosa odprowadziła ją wzrokiem. Nie płakała, bo nie zrozumiała. Ferb żyje.


Jasieńkowi nic nie trzeba już.

Jeszcze cztery lata temu był z nią, przytulał, całował, mówił, że ją kocha. To przecież nie możliwe. Na pewno żyje.

Bo mu kwitną pąki białych róż.

Usiadła przy białych różach. Nic sobie nie robiła z ulewy, przecież minie. Wszystko wokół zdawało jej się być takie piękne. Słońce świeciło, chociaż zakryły go chmury. Było jej ciepło, chociaż padał deszcz. Było idealnie. Póki Ferb żyje jest idealnie.
A żyje na pewno i nikt nie mógł jej wmówić, że jest inaczej.

Tam pod jarem, gdzie w wojence padł.

I wybuchnęła śmiechem stojąc nad jego grobem. To był dobry żart, nie zauważyła nawet wrogich spojrzeń Fineasza i Fretki. Czemu płaczą? Przecież Ferb żyje. Zaraz tu przyjdzie i wszyscy będą się śmiać.


Wyrósł na mogile białej róży kwiat.

Daniella stała najdłużej przy jego grobie. Czekała na niego z białymi różami w dłoniach. Piękny, bogaty bukiet. Ucieszy się z takiego prezentu, zawsze lubił róże.
A może to ona je lubiła?


Nie rozpaczaj, lube dziewczę, nie.

A po nocy nie wstał nowy dzień. Nie budziły ją już koszmary, nic ją nie budziło. Zanim się położyła, Ferb wrócił. Dał jej białe tabletki, uśmiechając się tajemniczo.
Nie był taki, jakim go zapamiętała. Ubrany był w białą szatę, wydawał się być szczęśliwy, a swoją radością zaraził ukochaną. Połknęła wszystkie tabletki, jakie on jej dał. Powiedział, że teraz musi już iść, ale zaraz się spotkają. To już będzie ich ostatnia rozłąka.
Uwierzyła. W końcu komu mogła zaufać, jak nie jemu?


W polskiej ziemi nie będzie mu źle.

Było na prawdę pięknie. Słońce świeciło jeszcze inaczej, niż zazwyczaj. Opuściła Ziemię, teraz ma nowy dom.
Bóg podarował jej domek, taki sam jak jej. W środku było identycznie jak na Ziemi, jednak wszystko było idealnie posprzątane. W tym świecie nie było już wojen, smutku, ani koszmarów. Tam wszystko było dobrze. Bo on był z nią.


Policzony będzie trud i znój.

Ferb trzymał w dłoni białą różę. Taką samą, jaką od niej dostał. Uśmiechem zachęcił ją, by podeszła bliżej. Uradowana Daniella pobiegła do niego, po czym rzuciła mu się w ramiona. Czuła, że zaraz rozpłacze się ze szczęścia, ale to było nie możliwe. W tym świecie nie ma przecież łez.
 - Kocham cię. - powiedziała, obejmując go w szyi. - Tak bardzo cię kocham.
Chłopak nic nie mówił. Przytulał ją tylko, a jej kąciki ust pochyliły się lekko.
 - Czemu nic nie mówisz? - zapytała.


Za Ojczyznę poległ ukochany twój.

 - Powiedziałem ci kiedyś, że gdy przestanę cię kochać, powiadomię cię. - przypomniał jej, ciągle trzymając w swoich objęciach. - Jak dotąd, nic się nie zmieniło.